DOBRY-PRZYSTANEK

o sobie... autoprtret?

szyję, dzieragam czyli tworzę

"Będziesz mieć w życiu ciężkie chwile, ale to one właśnie zawsze są tym, co pozwala otworzyć oczy na znaczące rzeczy w twym życiu, których wcześniej nie mogłeś dostrzec". /R.Williams/

 

Szyję, dziergam czyli tworzę... hmm... nie, nie mam takich talentów, nie robię na drutach, nie szydełkuję, ale szyję i dziergam swoją codzienność i rzeczywistość. Walczę z tymi piekielnymi dolegliwościami, które trawią mnie od miesięcy właśnie "szyjąc i dziergając" czyli łatam psychicznie, fizycznie i materialnie te wszystkie sytuacje, które mają mi pomóc wrócić do zdrowia. A dzisiejszy post chciałabym zaadresować do osób w podobnej do mojej sytuacji czyli samotnych wojowników.

Nie ukrywajmy, że łatwiej i lżej jest, gdy mamy solidne oparcie w bliskich, gdy to wsparcie ma charakter emocjonalny i czasem również materialny, ale co zrobić, gdy takiego wsparcia brak. Walczyć samotnie? Tak, zdecydowanie! To jest trudniejsze, bardziej kontuzjogenne, męczące, wyczerpujące i niestety zwykle taka walka trwa dłużej. Człowiek się poddaje ponieważ nie słyszy magicznych słów "walcz, jeszcze trochę wytrzymaj, dasz radę, zasługujesz na tą wygraną, nie przestawaj, już widać cel" etc.etc. A czasem inne magiczne słowa "pomogę ci" dodają naszym skrzydłom długo oczekiwanego wiatru, ale... Nie każdy ma aż tyle możliwości z zewnątrz i czasem trzeba zdać się na siebie. Chorujemy, trawi Nas ból, cierpimy dzień za dniem, musimy "szukać" dodatkowych funduszy na leczenie bo jak wiemy publiczna służba zdrowa u nas nie istnieje, przykład? Proszę bardzo, znacie to na pewno z własnego doświadczenia  w sierpniu 2015 zapisałam się na rehabilitację i otrzymałam termin czerwiec 2016, nie byłoby problemu gdyby nie fakt, że po zabiegu operacyjnym należy podjąć rehabilitację natychmiast i co? Trzeba szyć, pracować więcej, brać kredyty, korzystać z dobrych aniołów i dziergać te luki materialne.  Dlaczego to piszę? Ponieważ wiem, że w podobnej sytuacji jest wiele osób, nie stać ich na leczenie, dzielnie znoszą codzienny ból, walczą z uporczywym cierpieniem, z bezdusznym otoczeniem(bo przecież bólu nie widać) i przychodzi moment, gdy pozostają już tylko łzy bezsilności i co... Dajcie tym łzom popłynąć, z bólu, z lęku, z bezsilności, niech te toksyny z Was wyjdą, opuszczą ciało zmęczone dolegliwościami, oczyszczą i ciało i umysł, dajcie sobie prawo do takiego "uwolnienia", to prawdopodobnie nie zmniejszy bólu fizycznego, ale może zmniejszyć "obrzęk" emocji, wprowadzić odrobinę jasności i dzięki temu pojawią się możliwości  na poszukiwania nowych materiałów do dziergania codzienności. Wiem, jak to jest gdy boli, gdy człowiek jest sam, gdy brakuje kasy, gdy otoczenie nie zawsze jest empatyczne, a raczej roszczeniowe ("boli cię?, to idź do lekarza" czytaj "pójdziesz to dostaniesz mniejszą pensję"), wiem jak to jest i dlatego powiem Ci coś, co musisz zapamiętać i zawsze stosować, nawet gdy ból odbiera Ci chęci do życia: byś wstał musisz upaść, by się wzmocnić musisz poczuć ból, przejść przez "piekło", dać sobie "wbić" wiele drzazg tylko po to by stać się silniejszym. Hartujemy się w bólu, a pielęgnujemy w spokoju!

Każdy może z Tobą wygrać oprócz Ciebie samego! Można z Tobą wygrać, ale nie można Cię pokonać.

 

Ps. Co mi dały ostatnie  trzy miesiące oprócz bólu? Właśnie tą świadomość, że nawet ból może ze mną wygrać, ale nie może mnie pokonać skoro drzemie we mnie pierwiastek wojownika. Nauczyłam się, że prawda nie jest(w moim przypadku trafna diagnoza) ogólnie dostępna, że trzeba się napracować, wysilić, czasem nawet lekko ukorzyć, paść, prosić by do niej dotrzeć. Nauczyłam się też, że nie ma co się bać, co będzie za dzień, za dwa. Nie bać się ryzykować, podejmować trudne decyzje, nie cofać zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy sytuacje finansowe Nas hamują i ograniczają szczególnie gdy jesteśmy zdani tylko na siebie. Czasu nie zatrzymamy, zaciągnięte kredyty jakoś spłacimy, ale zaniedbane zdrowie nie odzyskamy więc... szyjmy, dziergajmy, popłaczmy by oczyścić umysły, a nawet czasem dajmy komuś lub czemuś z Nami wygrać, jesteśmy niepokonani dopóki każdego poranka pomimo bólu, cierpienia otwieramy oczy, wstajemy i podejmujemy kolejną próbę walki o jakość swojego życia.

 

Rośnie we mnie potrzeba by napisać w końcu o moim"najwierniejszym "przyjacielu, czymś, co zawsze w jakiejś postaci i w różnym natężeniu było obecne w moim życiu  i pomimo tej nieproszonej obecności widziałam i widzę wiele kolorów w codzienności, uśmiechałam i uśmiecham się, bywałam i jestem empatyczna i pomocna, nie traciłam i nie tracę wiary i chęci do walki... Ból... byłeś, jesteś i pewnie będziesz częścią nie tylko mojego życia, ale nigdy nie będziesz jego sensem...

sunset.jpg